piątek, 17 grudnia 2010

Jak ci ludzie łażą...

Dziś będzie reportaż z cyklu "Z blogiem wśród zwierząt” opisujący jak w Warszawie do perfekcji opanowana została sztuka wkurwiającego chodzenia. Zainspirowała mnie do tego opowieść mojego kolegi który niedawno wrócił z czeskiej Pragi i pierwsze rzeczy jakie mu się rzuciły w oczy to takie, że tam się chodników nie odśnieża tylko robi je zdatnymi do przejścia a ludzie chodzą w taki sposób, że nie trącają się, nie szturchają i nie włażą sobie nawzajem pod nogi. Będzie to krótki poradnik jak normalnie przejść z punktu A do punktu B nie narażając się na niepotrzebne stresy. Poniżej wypunktowałem najbardziej rozpowszechnione przypadki.

1. Przede wszystkim pierwszym celem będą stare pudła łażące środkiem chodnika taszczące te swoje wózeczki po prawej stronie i podpierające się laską z lewej strony. Można spróbować nad nimi przeskoczyć ale jeśli nie mamy talentu Artura Partyki to możemy próbować mijać – czyli przeważnie włażąc na obsrany trawnik albo ocierając się o barierki czy wchodząc na ulice. Szczególnie uciążliwe są zorganizowane grupy. Idą dwa lub trzy egzemplarze całą szerokością chodnika a wtedy umarł w butach. Nie ma możliwości żeby wyminąć a gdy idą z naprzeciwka żadna nie pomyśli żeby pójść „gęsiego”. Potrafią również zatrzymać się w miejscu co bywa przy większych prędkościach niebezpieczne.

Rada: krótka seria z MG34, trening skoku wzwyż a gdy to nie pomaga krzyczymy „O! Ojciec Rydzyk tam rozdaje zestawy TV Trwam!”.

2. Młodzież nasza kochana. Nie wiem jak rodzice ich robili ale z przerażeniem stwierdzam, że pokolenie 15-18 latków to pokolenie bardzo ubogie w szare komórki. Nie dość, że wszyscy wyglądają niemalże tak samo to są też tak samo głupi. Najczęściej chodzą zorganizowanymi grupami. Hmmm... Powiedzieć chodzą to nadużycie. Łażą jak cielaki, snują się oglądając wystawy sklepowe, włażą pod nogi bo akurat muszą się przepychać między sobą i przy okazji drą te tępe mordy.

Rada: krótka seria z MG34, kop w dupę lub perswazja słowna „idziesz kurwa czy nie?”

3. Lanserzy. Do tej grupy podłączam również galerianki oraz kobiety mające wpisane w pole zawód „żona” i snujące się od sklepu do sklepu (z ciuchami oczywiście). Chodzi to całe towarzycho w sposób taki ażeby wszyscy ich sobie dokładnie obejrzeli. Czyli powoli, co poniektórzy jeszcze włączą wahacze w ramionach i bujają się w tłumie wkurwiając przy tym tych którzy chcą normalnie przejść.

Rada: krótka seria z MG34, perswazja słowna „rusz się!”


Jak dotąd najskuteczniejszą metodą jest noszenie ze sobą karabinu maszynowego MG34. Ciężkie to bydlę ale załatwi sprawę. Najlepiej się sprawdzi w miejscach gdzie jest dużo ludzi bo tam akurat nie trzeba będzie celować dokładnie. Takim miejscem jest z cała pewnością metro. Nasz kochany ZTM od czasu uruchomienia odcinka Słodowiec – Młociny uważa, że metro pomieści pół Warszawy a także wszystkich dojeżdżających spod miasta. Dlatego w godzinach szczytu takie stacje jak Marymont, Dworzec Gdański, Ratusz Arsenał i oczywiście Centrum są napchane ludźmi do granic możliwości. No i tu już jest wolna amerykanka. Do uciekającego wagony trzeba biec się przez cały peron, rozbijając się o innych a po schodach ruchomych większość osób napierdala (nie idzie – napierdala) lewą stroną. Wiem, że jest coś takiego jak zasada lewej strony – po prawej stoją ci którym się nie spieszy a lewą idą ci spóźnieni. 90% tego miasta jest wiecznie spóźnione bo cały czas obserwuję dzikie tłumy napierające lewą stroną niczym stado bydła wypuszczone z obory. Na zwykłych schodach nie jest lepiej. Zależy od tego ile osób schodzi na dół a ile wchodzi i oczywiście w której grupie aktualnie się znajdujemy. Zdaję sobie sprawę, że niektórym sprawia trudność pokonanie schodów ale do kurwy nędzy po pierwsze od tego są windy a po drugie jak już idą takie stare raszple tymi schodami to niech idą jedna za drugą a nie obok siebie! Gdy obserwuję takie obrazki mam ochotę po prostu sprzedać kopa w plecy żeby się to przeturlało szybko na sam dół i po sprawie. W zasadzie to się tyczy wszystkich którzy tak łażą, nie tylko starych pudeł które nie mają co w domach robić więc uprzykrzają życie innym. Innym ulubionym przeze mnie zjawiskiem jest wchodzenie pod nogi. Tu już przestaje mieć skrupuły – nawet się nie zatrzymuje tylko idę dalej. Jak uszkodzę – trudno. Nienawidzę jak ci durni ludzie nawet się nie obejrzą tylko nagle skręcą i wejdą mi pod nogi. Trącam, szturcham, kopię i mało mnie reszta obchodzi. Nauczą się tępaki patrzeć i myśleć. Innym takim miejscami są cetrum Warszawy w okolicach Pałacu, Rotundy i Domów Centrum a także każde większe centrum handlowe. Na dodatek teraz mamy czas który sprzyja pojawianiu się większej ilości bydła na ulicach czyli święta... Idę zmienic taśmę...

2 komentarze:

  1. O kur... nie jestem odosobniony! Ja także poruszam się szybciej i zwinniej niż reszta narodu, co dostarcza mi niezłej cholery w wielu miejscach (metro, sklepy). Idące środkiem bezmyślne, spowolniałe landary budzą moją agresję. Wtedy po prostu przyspieszam...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam wolę nap.... lewą stroną niż jechać windą. Gdybym miała do wyboru normalne schody.... ale w centrum po stronie najczęściej używanej ich nie ma. I tak, że po 4 latach działania stacji wpadli na pomysł uruchomienia 2 par schodów w górę a nie na odwrót. Zdolniachy. No chyba, że jadę z rowerem(na dworzec),wtedy niestety ale muszę. I to boli. Na szczęście nie jadę w szczycie, zresztą mnie akurat tłum nie przeszkadza, chyba mam łażenie w nim we krwi. Omijam, depczę, rozpycham, łokciem i wślizgiem o tramwaju i miasto moje :)

    OdpowiedzUsuń